Kindi.pl - jeden adres na każdy dziecięcy problem

Kolorystyka: Kolor domyślny Fiolet Zielony Stalowy

Idź do strony: 1 2 Następna   Ostatnia »

  • Autor
  • Wypowiedź
  • Data wysłania: 21-02-2007
  • Tytuł dziwny, ale nic innego nie przyszło mi do głowy. Czy nie sądzicie, że dzisiejsza rodzina jest jednak "jednordzicowa". Bo często niestety kobieta zostaje w domu i wychowuje dziecko,-ci, a mąż pracuje i to pracuje tak, że jest w domu tylko na weekend, albo tylko nocami. Jak to wpłynie na nasze dzieci? Nie sądzę, aby takie jednostronne wychowanie nie odbiło się na nich przyszłości. Co sądzicie?

g

  • Data wysłania: 21-02-2007
  • Dzisiejsza rodzina? skąd masz te dane? prowadzisz ankiety? Ile jest twoim zdaniem takich rodzin?
    A jak było wcześniej? Na polowanie szli mężczyźni z wioski podczas gdy kobiety zostawały z dziećmi.
  • Data wysłania: 21-02-2007
  • Ilonek chyba włącza Ci się ciążowa agresiwa;)))) Myślę, że Atamare porusza ów wątek ponieważ sporo z nas (tu na forum) jest w takiej sytuacji, partnerzy wyjechali zagranicę, lub pracują w innym mieście, a my kobitki zostajemy w domu z dziećmi i czasem dopadają nas watpliwości, czy udaje nam się dobrze wychowywać potomka bez codzienego wparcia partnera, czy aby rodzice i dzieci nie płacą zbyt wysokiej ceny za rozłąkę z powodów, co tu dużo mówić bytowych/ materialnych rodziny...pozdrawiam;)
  • Data wysłania: 21-02-2007
  • zgadzam się z Ilonek
    a na dzieci jak wpłynie - nijak
    teraz nawet najbardziej zapracowany ojciec zajmuje się dziećmi w kilkakrotnie większym wymiarze i czasowym i emocjonalnym co np. jego dziadek, że się jeszcze o kilka pokoleń nie cofnę...zwłaszcza taki co pracuje od rana do nocy albo za granicę wyjeżdża. I pewnie wiecej ma dziecko z niego niż z tatusia na garnuszku MOPSA, który w domu jest ale albo pijany albo śpi albo się akurat pasem zamierza.
    A co z dziećmi samotnych rzeczywiście mam, a mam o zgrozo też pracujących?
    Wydumany problem.
  • Data wysłania: 21-02-2007
  • Nam na pewno brakuje chłopów :) skoro mamy czas na forum
    A co do udziału tatusiów to wydaje mi się, że to przede wszystkim od człowieka zależy i jego dobrych chęci, a dopiero potem jest problem z czasem.
    A co do wychowania na wsi, to odbywało się z udziałem całej rodziny w polu ;). Mnie ujeły te luźne koszulki zarówno dla dziewczynek jak chłopców, które rozwiązywały problem pampersów.
  • Data wysłania: 21-02-2007
  • A, czasem nachodzą mnie pomysły jak tu znaleźć wspólną zabawę dla calej rodzinki. Ze szczególnym zwróceniem uwagi, aby się tatusiowi spodobało. Dzieci są zawsze wniebowzięte ze wspólnej zabawy z "wieczorowym" tatą.
    Robimy czasem wspólnie pizze, raz rysowaliśmy na wielkim arkuszu papieru osiedle dla naszej całej rodzinki- dalszej i blizszej, wczoraj natomiast urządziłam opowieści przy świecy. Usiedliśmu sobie we 4 w kółku na podłodze wokół świeczki i puściliśmy wodze fantazji. Głos zawsze należał do jednej osoby która dostawała porcelanowa myszkę :)
    Nastrojowo było
  • Data wysłania: 21-02-2007
  • Nie sądziłam, że będą takie emocje. Chodziło mi raczej o coś w stylu wypowiedzi Baluu, niż o małe złośliwości. Takie wspólne zabawy, wieczory, raz na jakiś czas to jest coś wartościowego, to jest prawdziwa rodzina. Warto mieć takie chwile, bo miło zapamiętać z dzieciństwa wspólną zabawę,nie tylko na wakacjach, a nie wiecznie nieobecnego tatę i mamę przy garach. Ale Baluu słusznie zauważyła, że wszystko zależy od chęci.
    Ilonek - to miło, że jesteś w tak odległej epoce i nie martwisz się dniem współczesnym. Zapomniałaś tylko, że potem mężczyźni zabierali na te polowania swoich synów a tylko dziewczynki zostawały z matkami. A dzisiaj mamy biegają od żłobka do przedszkola, z basenu na kółko plastyczne, itd. bez względu na płeć swojej pociechy.
    Miumiu - mówisz, że sytuacja niedzielnego ojca nie wpłynie na nasze dzieci? Moim zdaniem są pewne rzeczy, które dzieci powinny robić z tatą dla takiej higieny psychicznej. Banalny przykład - nauka jazdy na rowerze. Wizerunek super mamy, która robi w domu wszystko wcale nie jest najszczęśliwszym przykładem dla dzieci. Mowa tu oczywiście o takich rodzinach, w których tata jest. bo przeciez oczekujemy pomocy od naszych partnerów przy wychowywaniu dzieci. A skoro oni w nim uczestniczą tyle co nic, nie sposób myśleć, że nasze dzieci stworzą kiedyś zupełnie inne związki, mając taki a nie inny wzór.
    Słowem, chodziło o to, żeby podyskutować nad scaleniem rodziny, postawami żeńskimi i męskimi przy wychowywaniu dzieci, a nie wycieczkami w epokę kamienia łupanego, na wieś, czy do jadłodajni MOPS.
  • Data wysłania: 21-02-2007
  • Aha, niestety taka sytuacja wpływa na dzieci od razu. Mój syn przez długi czas nie chciał bawić się z tatą, ani z nim zostawać, bo go na tyle mało znał. A maluchy przybiegają do mnie z zepsutą zabawką, nawet gdy tata jest w domu.
  • Data wysłania: 21-02-2007
  • atamare
    rzucasz hasło to pewnie oczekujesz dyskusji a nie hasło z tezą i jak coś niezgodnego z tezą to już be
    generalizujesz na poczatku, pisząc "dzisiejsza rodzina" to my ci piszemy, ze "dzisiejsza" i "wczorajsza" i "przedwczorajsza" tego ojca w procesie wychowawczym miała jak na lekarstwo. Co więcej można powiedzieć "dzisiejsza rodzina" w większości przypadków "normalnych
    ' (mozna dyskutować co to owa norma) układów nie jest patriarchalna tylko partnerska i ojciec nawet mocno zapracowany (równie jak zapracowana matka) stara się dzieciom i partnerce ten czas nieobecności wynagrodzić. ojciec w pokoleniu wyżej (nie mój akurat ale wielu takich było, wręcz pokuszę się - powszechne to dosyć było), że nie wspomnę o pokoleniu naszych dziadków i pradziadków - "po robocie" w zależności od statusu materialnego i społecznego zasdiadał z kumplami w knajpie na piwie/przed telewizorem/z gazetą w fotelu pykając fajeczke itp. itd. Panowie z pokolenia o oczko wyżej (a i nasi ojcowie, ze o dziadkach nie wspomnę) nie chadzali z żonami do ginekologa, szkoły rodzenia, nie przechodzili z nimi porodu, nie dotkneli niemowlaka do ... jakiegoś 6 roku życia (żart, ale wiecie -teraz faceci i przewiną i pospacerują i.. i... i... w tym sensie - myslę, z enawet jesli ilość czasu z dziecmi się zmniejszyła, to jakość na pewno wzrosła. I to raczej nieźle rokuje, albo (co bardziej do mnue przemawia) nie ma wiekszego znaczenia jako prognostyk związków naszych dzieci w dorosłym życiu.
  • Data wysłania: 22-02-2007
  • Żeby się podlizać dodam, że zgadzam się w większosci z obiema wypowiedziami.
    Trzeba myśleć o zcalaniu rodziny, koniecznie. Niestety rodzina to mama i z powodzeniem sama mama też wystarczy i wystarczała od kiedy kobiety dopuszczono do głosu.
    Świadomość mężczyzn jest teraz w duuużo lepeszej kondycji, jak wspomniała miumiu. Nie ma już tak wielu tematów tabu dla mężczyzn wokół ciąży i porodu. A przewijanie bobasa nie jest wstydem, a zaszczytem :)
    To super, ale jak będzie wyglądała nasza rodzina zależy tylko od nas, dziewczyny.
    Niestety, chłopaki chociaż mają prawo do urlopu macierzyńskiego nie mają instynktu macierzyńskiego. Tego muszą się nauczyć bo ich instynkty podpowiadają im zupełnie co innego.
  • Data wysłania: 22-02-2007
  • Przez większość swojego życia mój syn spedzą mało czasu ze swoim tatą .z powodu jego pracy widywali sie raz w tygodniu.Zastanawiałam się nie raz czy to może mieć jakieś konsekwencje ale na dziś są ze sobą bardzo zżyci a co bedzie dalej nie wiem ponieważ moim skromnym zdaniem to co wywinie na kiedyś dzieciak to suma wszystkiego.Pewnie ze wolalabym bysm spedzali troszke czasu kazdego dnia ale to poprostu niemozliwe.W maju moj maz wyjezdza znowu za granice i beda sie widywac jeszcze mniej ale taki już nasz los;) Chcac utrzymac i wyksztalcic dziecko musimy mu zapewnic warunki a niekiedy lepszy tata na odleglośc niż taki ktory co dzień jest w domu a i tak malo sie zajmuje dzieckiem.Ja jestem mamą ktora z wyboru zostala w domu i na razie nie przeszkadza mi to w niczy mam dla niego czas a kiedy jest w domu tata syn przechodzi pod jego "opiekę " a ja mam czas dla siebie> Jakie czasy taka rodzina.Ja wychowywałam sie bez taty bo zmarl i niekiedy bardzo mi go brakowało ale co miałam zrobic.Dziecku potrzeba obojga rodzicow ale to wcale nie znaczy ze muszą przebywac razem określone godziny dziennie.
    to tylko moje zdanie. A osabą takim jak baluu nie raz zazdroszcze ale nie mozna miec wszystkiego.
    To sie rozpisałam
  • Data wysłania: 22-02-2007
  • miumiu, nie postawiłam tezy, tylko byłam ciekawa doświadczeń innych, a tu nagonka się zrobiła, że hej. Teraz dopiero to wyszło z tego coś konkretnego. Piszecie, że facetów mało w domu, ale jak już są to konkretnie działają z większą świadomością itd. Jakość ich "bycia" warta ich "niebycia". Więc super, po prostu, utwierdziłyście mnie w przekonaniu, że to jednak moja rodzina jest nienormalna, bo u mnie ta sprawa wygląda dokładnie tak jak (być może) w czasach dziadków (tylko błagam, oszczędźcie komentarzy, że to moja wina). Do ginekologa też chodziłam sama, ciągając jeszcze często ze sobą starszego syna, którego nie miałam z kim zostawić.
    Więc po prostu, naprawdę, szczerze wam zazdroszczę, że możecie liczyć na partnerstwo w swojej rodzinie.
    Moi rodzice oboje pracowali, ale obowiązkami domowymi nie dzielili się. Mama zajmowała się dziećmi, domem, tata na delegacji. Ale zdecydowanie to ojciec był i jest od naprawiania wszystkiego, auta i rozmaitych terminów. Takie męskie zajęcia. U mnie dzieci częściej widzą mamę z młotkiem niż tatę...
    A z tymi dziadkami, którzy nie zajmowali się dziećmi, to, przynajmniej na moim osiedlu dostrzegam ciekawą tendencję - więcej na spacerach panów w "dziadkowym" wieku, niż babć.

    A teraz już całkiem dla żartu - byłam ciekawa, czy poruszycie, tak już całkiem, żeby mi dołożyć, wątek par homoseksualnych wychowujących dzieci....
  • Data wysłania: 22-02-2007
  • atamare piszesz o młotku a ja bylam zmuszona dokonac renontu sama tnz. jako nadzorca i jako wykonawca jak ekipa sie objala , ale podejscie panow w slkepach z artykułami budowlanymi bylo co najmniej seksistowskie" ale czy pani wie o co dokladnie chodzi" albo " moze lepiej przyjdzie maz a pani taka mila i pani sie tym zajmuje" a tak naprawde mialam wieksza wiedze niz on jaki zawór byl mi potrzebny w danym czasie.
    atamare-uważaj z tym ostatnim ,bo teraz to wiesz że spadna gromy jak bedziesz pisać o takich rzeczach ;)
    Pozdrowienia
  • Data wysłania: 22-02-2007
  • aga.002 z tym podejściem "ekspertów" w sklepach budowlanych itp. to święta racja! Ja mam zaplanowany remont na marzec - i już się boję. Bo jak po trzeciej wymianie wymianie "korka" na tablicy rozdzielczej całego pionu zobaczyłam iskry, to następny raz poszłam po pomoc do sąsiada.
    Dobra - cofam co napisałam poprzednio na koniec, reset, reset :)))
  • Data wysłania: 23-02-2007
  • A u mnie to wygląda tak: zaszłam młodo w ciążę, bo w wieku 20 lat. Cały mój świat nagle się zawalił, zwłaszcza moje marzenia... Musiałam zmienić system studiowania z dziennych na zaoczne, rodzice nalegali na ślub, więc jesteśmy już małżeństwem, wyprowadziłam się z domu i mieszkam u jego rodziców, a jego widuję dużo rzadziej niż gdy byliśmy parą, bo mój mąż pracuje do późna. Jednak wystarczy jedna myśl o dziecku, które się pojawi za niecałe 2 miesiące i jest mi łatwiej. Nadaje to wszystkiemu sens...
  • Data wysłania: 23-02-2007
  • Moze spadna na mnie gromy ale ja już tak sie przyzwyczaiłam,że mojego męża nie ma w domu codziennie i jakby teraz miało się to zmienić to sprawy miedzy nami nie układały by się pewnie zaróżowo.
    Twardzielka jesteś bo ja u moich teściów wytrzymałam 6 miesiecy i podziękowałam im za wspóprace , nigdy już z nikim nie mieszkaliśmy
    Myślałam ze podejscie dziecko=ślub już nie isnieje ....choć 9 lat temu ja brałam ślub w podobnych warunkach ale to bylo 9 lat temu
  • Data wysłania: 23-02-2007
  • Czy taką twardzielką jestem to nie wiem :) Mieszkam z teściami 4 miesiące i już mam dość. Gdybym miała tylko możliwość to chciałabym nawet od dzisiaj mieszkać osobno. A jeśli chodzi o podejście dziecko=ślub to ja jestem żywym przykładem na to, że może ono wystąpić w dzisiejszej dobie....
  • Data wysłania: 23-02-2007
  • aga.002 doskonale cię rozumiem, z tym brakiem męża. Ja przez cały tydzień mam wszystko poukładane, tak jak mi wygodnie, cały dom działa bez większych problemów, wieczorami mam nawet czas dla siebie, a przychodzi weekend, kiedy jesteśmy wreszcie rodziną i nagle okazuje się, że marnujemy czas na kłótnie. Jak młode małżeństwo "na dotarciu" (a już takim nie jesteśmy). Ale mnie to przeraża. Zamiast być wtedy fajną rodziną, wkurzamy się nawzajem. W efekcie istnieje mój świat, z którego jestem zadowlona, mam jakieś plany na kolejne lata, tylko nie wiem, czy w takiej sytaucji będą to też plany mojego męża.
    A co do mieszkania z teściami czy z własnymi rodzicami. Podziwiam wszystkich, którzy tak mieszkają i jeszcze sobie to chwalą. Ja wyprowadziłam się z domu, gdy miałam 19 lat i nie wyobrażam sobie mieszkania z kimkolwiek - ani ze swoimi rodzicami, ani z teściową.
  • Data wysłania: 23-02-2007
  • Dziewczyny, żebyście wiedzieli co ja Żaba doswiadczyłam. Mój mąż jest teraz za granicą, ale ma przyjechać na urodzinki blizniaczek
  • Data wysłania: 23-02-2007
  • Ale długo mnie tu nie było.
    Atamare, tą Twoją ostatnią wypowiedź, czytałam jak własną :)
    Nie zawsze jest różowo. Na kimś czasem trzeba wyłądować swoje codzienne frustracje.
    Co do tematu Monisi, ja po krótkim mieszkaniu z rodzinką męża szybko uciekłam na swoje. Warunki mieszkaniowe były bardzo trudne, ale jak było cudownie mieszkać razem. Na to pojawiło się dziecko i standardowo ślub. Popieram ten układ dziecko=ślub. To dużo bardziej scala związek o ile ten związek jest w planie. A jak coś nie pójdzie jak trzeba zawsze jest rozwód. Co do naszych czasów zapominamy co znaczy obietnica, przysięga, odpowiedzialność. Ślub wg mnie zapala jasne światełko nad systemem wartości który ja uznaje.
    Ja na codzień też nie mam tak dobrze, chodź przyznam, że jest lepiej. Niestety aby obijać się, pracować musi ktoś.
    Gdy mój synek był niemowlakiem kładłam go na noc spać po 11, aby wiedział jak wygląda tatuś.
  • Data wysłania: 23-02-2007
  • skoro juz ten temat zostal poruszony...
    tylko prosze sie nie obrazac, ale nie rozumiem podejscia dziecko = slub .
    Jestem z moim partnerem od 4 klasy ogolniaka, czyli...(zaraz zaraz niech policze, bo nawet nie pamietam ile to juz lat)...jedenascie i zyjemy w tzw. konkubinacie (nazwa jest tragiczna, od razu kojarzy mi sie z jakims zabojstwem podczas libacji :-)) i nie wiem czy i kiedy wezmiemy slub. Ani pierwsze dziecko, ani dzidzia, ktora ma sie dopiero urodzic nic tu nie zmienily. Szczerze mowiac, ten "papierek" nie jest nam do niczego potrzebny. Przyznaje, pewnie czasem byloby latwiej (np. nie musielibysmy przechodzic procedury uznania ojcostwa, no i ja nie musialabym za kazdym razem na lotnisku tlumaczyc panu w odprawie kim jestem dla dziecka, ktore ze mna leci (Paula nosi nazwisko taty)), ale generalnie nie widzimy w tym zadnego problemu. Ufam mojemy partnerowi w 100%, wiem, ze zawsze moge na niego liczyc i to mi wystarcza.
    No i teraz sie pewnie zacznie ;-)

Idź do strony: 1 2 Następna   Ostatnia »

Odpowiedz

Aby dodać odpowiedź musisz się zalogować.

Jeżeli nie jesteś zarejestrowany w serwisie, możesz zrobić to tutaj.